Decoupage i scrapbooking hobbystycznie i na zamówienie
baner Galeria miniART
niedziela, 04 maja 2008
Ciąg dalszy

Molestujecie mnie o ciąg dalszy historii z tymiankową piosenką w tle... i co ja mam wam napisać?
Zapewne oczekujecie, że nastąpiło jakieś "potem"...tyle, że tak naprawdę nie nastąpiło.
Piosenka się skończyła, ja nie powiedziałam nic... nic, bo taka już jestem durna, nic, bo zapomniałam języka w gębie, bo wstydziłam  sie potwornie - tej sytuacji, tych łez... w ogóle czułam się zmieszana i zagubiona.
Jedyne, co wydusiłam z siebie to smutny, trochę nieśmiały uśmiech i  spojrzenie w oczy, pełne podziękowań i sympatii.
I tyle.
Zaczęły się zajęcia, nastrój prysł. Skakaliśmy po sali jak rozszalałe sarny uciekające przed nagonką, jak gazele z pagórka na pagórek... raz, dwa, raz i dwa, raz dwa, raz i dwa, raz dwa, raz i dwa, raz, dwa, raz, dwa, trzy cztery. Ćwizyliśmy wtedy chyba two-hand jiga, cały układ w parach.
Jakoś tak się złożyło, że zawsz edo pary byłam własnie z nim, może dlatego, że byliśmy najstarsi...a może ... sama nie wiem dlaczego.
Nastrój prysł.

Skończyło się, miało wiecznie trwać
skończyło się, już nie ma cię
ach jaka szkoda nas, już nie ma cię, już nie ma mnie... chciałoby sie zanucić za Stachurą.
Pozostały przelotne, luźne rozmowy, wspólny taniec i zabawa.

Choć.. pozostaje w głowie myśl:
Chwilo trwaj, jesteś piękna...
Prawda?

czwartek, 24 kwietnia 2008
Dziki tymianek

Są takie melodie, które wywołują u nas wspomnienia, skojarzenia, powodują, że na twarzy nagle wykwita nam uśmiech lub wręcz przeciwnie, wspominamy coś niezwykle smutnego lub trudnego dla nas.
Ja mam takich "wspomnieniowych" utworów całą masę... mają wyczaj powracać do mnie w najmniej oczekiwanych momentach, głośno krzycząc i dobijając się do drzwi jakby od tego zależało ich przetrwanie.
Tak było i w tym przypadku.
Od poniedziałku znowu wzięło mnie na muzykę... moje serce w każdym możliwym momencie przypominało mi, że jest zielone i słone jak morska woda domagając sie kolejnych dawek folku na przemian z pieśniami morza....i nagle, przeglądając stare kartki ze słowami piosenek natrafiłam na to:

O the summer time has come
And the trees are sweetly blooming
And wild mountain thyme
Grows around the purple heather.
Will you go, lassie, go?
And we'll all go together,
To pull wild mountain thyme,
All around the purple heather.
Will you go, lassie, go?

Ręka, która do tej pory szybko przewracała kolejne strony zamarła.

Wróciły wspomnienia sprzed kilku lat... wspomnienie pewnej niezrozumiałej, zaskakującej sytuacji, która do tej pory wywołuje poruszenie w moim sercu i wywołuje ciepło rozlewające się po całym ciele.
Siedziałam skulona pod ścianą na korytarzu, czekałam na zajęcia z tańca irlandzkiego.
Miałam za sobą wielką awanturę, pretensje, żale... w moim sercu widniała dziura głęboka i szeroka jak wielki kanion Colorado. Nie wiedziałam, gdzie się podziać, jak uspokoić, bo każdy dłuższy moment zamyślenia wywoływał u mnie kolejne łzy...trwałam więc jak przyklejona do podłogi, czekając, aż ból zelżeje... albo zaczną się zajęcia i muzyka i ruch zagłuszą burzę szalejąca chwilowo w moim wnętrzu.

Gapiłam sie bezmyślnie w ścianę a moje usta bezwiednie wyśpiewywały kawałki irlandzkich i szkockich piosenek, które - jakby same - wydostawały się ze mnie, tłumiąc targające mną uczucia.
Otępienie, ból i piosenki...dziwne połączenie...nie zważałam na to, że reszta grupy - dość jeszcze nieliczna - patrzy na mnie podejrzliwie...w takim momentach w zasadzie nie zważasz na nic.
Ledwie zauważyłam, kiedy obok mnie pojawił się on.
Nie jestem nawet pewna jego imienia - ale pamiętam go dobrze;)
Popatrzył na mnie badawczo raz i drugi, posłuchał... nawet nie zapytał o nic, tylko usiadł obok i kiedy przerwałam na moment piosenkę, zmieszana jego obecnością...zaczął śpiewać - cichym, głębokim męskim głosem... śpiewał to, co ja przed chwilą zaczęłam..."Wild mountain thyme" właśnie.
Kiedy spojrzałam na niego zaskoczona uśmiechnął sie na zachętę, udając, że nie widzi moich mokrych oczu.
Śpiewaliśmy razem, cicho, spokojnie. Nasze głosy zgrały się.
To było magiczne, obezwładniające swoim ciepłem uczucie. Przez tę krótką chwilę poczułam zaskakującą, nieoczekiwaną więź z facetem, którego w zasadzie nie znałam. Zaskoczyło mnie, że ktoś może odczuwać podobnie jak ja.. i że stać go na taką spontaniczność... byłam jak zaczarowana... onieśmielona, ale też zaciekawiona.
Rozbroił mnie zupełnie.
I tylko pamiętam pytanie, kołaczące mi się po głowie...
"I co ja mam mu powiedzieć, jak się ta piosenka skończy?!"
...

piątek, 22 lutego 2008
Sztuka użytkowa wg. J.

Wieczór, noc nawet.
Jędrek senny moczy się w wannie, jednym okiem przeglądając gazetę.
Ja w szale twórczym, krążę pomiędzy klejem, papierem ryżowym, wycinankami łowickimi a miśkami. Zaaferowana nowym pomysłem wpadam do łazienki znożyczkami i miśkami w ręku.
- Wiesz... - zaczynam - mam nową koncepcję... - zawieszam głos i odpływam chwilowo porwana nurtem owej wspomnianej koncepcji, która kłębi mi sie pod czaszką i rozpuscza macki unieruchamiając chwilowo niektóre funkcje życiowe.
Jędrek zerka na mnie od niechcenia.
- Co robisz, nowy wieszaczek? - pyta, widząc w mojej ręce znane mu już miśki.
- Nie.. - mówię wyrwana z zamyślenia - nie mam już wieszaczków... - rzucam aluzję o konieczności nowych zakupów - ciekawe, czy połknie haczyk?
-....Szubieniczka? - rzuca zaczepnie on. - To może gilotynka?
Nożyczki prawie wypadają mi z ręki... i ja tu z takim dyskutować o rękodzielnictwie?
Wychodzę.

sobota, 09 lutego 2008
Czasem słońce, czasem deszcz...

Wczoraj niestety raczej deszcz.
Czy to ta pogoda paskudna, czy to mój katar nieopanowany, czy może nadmiar pracy wpełzajacej w każdy zakamarek życia i rozsiewajacej wszędzie swoje zarodniki... trudno jednożnacznie określić...ważne jest,  że wczoraj z wieczora dopadł mnie SMUT.
To już nawet smutek nie był, tylko wielki i tłusty SMUT pełną gębą.
Taki włochaty i obśliniony,  paskudny niesłychanie. Rozsiadł siebezczelnie tuż koło mnie i zaczął mi brudnym łapskiem dziurę w brzuchu wiercić i sączyć w ucho plugastwa same.
Że nie warto.
Że nie mam siły.
I po co to komu...
I tak nic  z tego nie będzie...
I tak wkoło Macieju...nie pomagało odpędzanie ani straszenie - siedział i siedział i zostawić nie chciał. Kleju ani nożyczek się nie bał...
- Odpocznij sobie, papiery poprzekładaj - radziła Babsko - guziki posegreguj, tasiemki wreszcie ponawijaj - mnie to pomaga. - Mądrze gada myśle sobie.
Nawet zaczęłąm. I jakoś nic... siedzi dalej.
 - Martini z lodem? - pyta niezawodny J. podtykając mi pod nos szklankę.
W sumie dlaczego nie - pomóc nie pomoze, ale na pewno nie zaszkodzi... Smuty nie lubią alkoholu, bo za małą mają siłę przebicia...ale ten nic, siedzi twardziel!!!
Patrzę bezmyślnie w okno - w zasadzie mogłabym nie patrzeć, bo i tak niewiele widać...ciemno, zimno... nawet papugi poszły spać....a ja nie mogę.
Czarno za oknem...
czarno...

hmmm..... gdzie moja bejca hebanowa?

ekhmmm..serwetki?

piątek, 25 stycznia 2008
Kot bez worka :)))

Tak - dobrze czytacie :)
Jędrek rażony gromem nieodwzajemnionej  (na razie) miłości poparł mnie czynem i zdecydował, że kot o oczach jak staniki, kot o ogonie jak świderek, kot czerwony jak maki na łące musi zamieszkać u nas :)

Tym sposobem po krótkiej, ale chwalebnej walce staliśmy się szczęśliwymi jak małe krokodylki w kałuży właścicielami KOTA BEZ WORKA - stworzonego ręką i maszyną  zdolnej do wszystkiego niewiasty o imieniu Eight :*
Oto nasza duma :



Teraz tupemy nogami oczekując na przesyłkę - a kaska oczywiście poleci dla chorych dzieci - bo jak WOŚP to WOŚP! Trzeba czasem poszaleć ;)
 

sobota, 12 stycznia 2008
Ginger na zakręcie (życia) :)

Niebieski papug Ginger truchta wytrwale po dużym pokoju ścigając psa - oczywiście w miarę swoich papuzich możliwości. Pazurki ślizgają mu sie po podłodze, wiec wyglądato przekomicznie.
Ira drepcze pod naszymi nogami licząc na jakieś spadajace ze stołu okruszki, ale płonne to nadzieje.
- Wiesz co czytałam ostatnio? - pytam obserwujac z zamyśleniem zawziętą papugę - Aleksandretty żyja nawet 20, 30 lat.
- Naprawdę ? - dziwi się szczerze Jędrek - to dłuuugo. Kawał czasu przed nami... - patrzy na Gingera z powątpiewaniem. I rosnącym niepokojem?
- Długo - zgadzam się - oczywiscie, jeśli nie zarzą się jakieś wypadki, wiesz... - zawieszam głos znacząco.
- Tak tak.... - zgadza sie ze mną skwapliwie - taka papuga moze zostać na przykład... przejechana przez żelazko...
- Hmmm..- mruczę w zamyśleniu - tak, życie TAKIEJ papugi, może być bardzo niebezpieczne.... zwłaszcza w naszym domu. - Patrzę znacząco na papuga, ale jakoś nie chwyta on aluzji zajęty łapaniem psiego ogona.
Absolutna bezkompleksowość.

środa, 09 stycznia 2008
Konkurs - POTWORNA zagadka!
Dziewczyny zapoczątkowały blogową modę konkursową...każda szuka swojej formuły konkursu, więc ja też, olśniona dzisiaj podczas wieczornej jazdy samochodem uknułam swój chytry i podły przy tym plan!
Wymyśliłam konkurs, a jakże!
To będzie konkurs dla kreatywnych myślowo lub też jak kto woli - myślących freestylowo;)
Zasada jest prosta - nagrodę ( tak, tak - będzie nagroda - niespodzianka) otrzyma osoba lub osoby które będą najbliżej rozwiązania zagadki lub odgadną tożsamość mojego domownika.
Przewidziane jest także grand prix dla najbardziej kreatywnej osoby;)

Zapraszam zatem do lektury i kombinowania...czekam niecierpliwie na odpowiedzi ;)

W moim domu zamieszkał POTWÓR.

Nie znamy się jeszcze zbyt dobrze...co prawda jesteśmy sobie przedstawieni, ale mijamy się jakoś z powodu nadmiaru mojej pracy. Mam nadzieję, że pomimo nieudanego startu wkrótce poznamy się bliżej.
Trudno mi o nim opowiedzieć – w końcu tak mało się znamy... na pierwszy rzut oka wygląda całkiem niewinnie - ma dość przyjemny różowy kolor i jedną, dość urokliwą łatkę na grzbiecie (dość nietypowe dla potworów, prawda?) i jeśli się go nie zaczepia nie wykazuje nawet cienia agresji... przy dłuższych oględzinach okazuje się jednak, że to prawdziwy twardziel i biada temu, kogo zwiedzie jego cukierkowa powierzchowność!!!
Jego obłe, lekko matowe ciało przywołuje na myśl istoty rodem z książek fantastyczno – naukowych, jest w jego posturze coś futurystycznego, wręcz kosmicznego... Momentami przypomina nawet liniowiec gwiezdny Enterprise gotowy wchłonąć w swoje wnętrze małe zwiadowcze ścigacze Imperium...choć niektórzy mogą zauważyć podobieństwo do bardziej przyziemnych przedmiotów, oczywiście.
Jak na prawdziwego twardziela przystało – nie zwraca uwagi na otoczenie, nawet kiedy delikatnie gładzę jego ciało czy kładę dłoń na jego płaskim jak stół grzbiecie... dopiero wyraźnie pobudzony wykazuje pewną aktywność, polegającą ...ach aż wstyd powiedzieć - na wysuwaniu i wsuwaniu pewnej części swojego ciała!!! Wnioskuję z tego, że Potwór to samiec, bo jakże inaczej mogę rozumieć te dość ...hmmmm...wulgarne zachowanie?
Jak to tej pory tylko raz próbowałam go karmić...od tej pory mam senne koszmary wspominając to przeżycie! Zaczęło się niewinnie – jak zwykle udawał niezainteresowanego, ale kiedy już poczuł pożywienie w swoim pysku rzucił się na nie łapczywie wygryzając w nim wielkie dziury... jego ostra jak brzytwa szczęka w mgnieniu oka rozprawiła się z podanym mu pokarmem, bezlitośnie i metodycznie... i na dodatek z głośnym mlaskaniem!!!
Boję się do tej pory - co by było, gdyby zechciał zaatakować mnie? Na domiar złego jeśli dobrze się przyjrzeć ( a nie radzę!) można zerknąć na tyle głęboko, że można ujrzeć całą zawartość jego gardzieli, fuj!!!
Chociaż jego zachowanie wydaje się być ze wszech miar obrzydliwe i niestosowne, trudno mi ukryć zainteresowanie jego osobą...jest w nim cos fascynującego, pociągającego... czuję, że drzemią w nim wielkie, ogromne wręcz możliwości... jeśli oczywiście zachowam należytą ostrożność... Często w zamyśleniu muskam palcami jego łatkę na różowych pleckach i myślę jakby go tutaj niecnie wykorzystać...w końcu to przecież samczyk, prawda?

To tyle...;) Kombinujcie :)
wtorek, 18 grudnia 2007
Stempel

Zmęczona po 13 godzinach poza domem  wpełzam do łazienki.
W wannie namacza się Jędrek przysypiając z lekka w wannie. Głowa mu opada, niebawem się zanurzy...
 - Czy ty mnie jeszcze wogóle kochasz?  - rzucam zaczepnie, choć i tak znam odpowiedź.
 - Nooo. -  słyszę z czeluści wanny.
 -  Chyba jednak nie..nawet oczu nie otwierasz jak to mówisz- zarzucam mu. Jędrek wumowienie wytrzeszcza oczy i cedzi przez zęby - Tak, kocham cię kochanie!!! - nie do końca zadowolona z efektu pochylam się nad wannną , aby pocałowac  mojego namoczonego z lekka męża.
 - I zawisła nad nim jak złowróżbne fatum... - mamrocze  na pół śpiąco.
 - No wiesz? - oburzam się. Po chwili mokra stopa  odciska się na mojej bluzce niczym pokaźnych rozmiarów stempelek...chłód nie jest przyjemny...

Ja się z nim mam..... ;) 

wtorek, 20 listopada 2007
Gaszek na telefon

Zasmarkana i z lekka zapyziała siedzę w pościeli.
Choroba nikumu nie służy.
Pełna zrezygnowania sięgam do nocnego stolika i po raz setny chyba wykręcam numer mojego koszmaru, mojej zmory i dopustu Bożego - kuriera z firmy OPEK, który jak zauważył nie tak dawno magazynier w tejże firmie albo dostarcza paczki albo nie...zależnie od humoru. Ze zdecydownym naciskiem na nie...
Nie odbiera...co za zaskoczenie.
- Jeszcze z domu nie wyszedłem, a ty już do gaszka dzwonisz? - pada pytanie z sąsiedniego pokoju. Rentgen ma w oczach czy jak? Zbywam temat milczeniem.
- Znam was, kobiety - kontynuuje Jędrek wkłądając koszulę - niby taka chora, niby zasmarkana i w niedyspozycji a mija góra 15 minut, tapeta na twarzy i wygląda kwitnąco...
Patrzę na niego wzrokiem bazyliszka... ale dziwnym trafem jakoś nie widać żadych zgubnych efektów mojego spojrzenia...uodpornił sie już, zaraza...
Raz jeszcze wybieram numer kuriera (oby go pokręciło, ale dopiero jak mi paczke dostarczy) i cierpliwie czekam na połączenie.
- Abonent jest chwilowo niedostępny, prosimy zadzwonić później.
Szlag.

 

czwartek, 08 listopada 2007
Piwo śliwkowe

Ja, dziad Yago, kupiłem dziś piwo śliwkowe. Tak trochę z pogoni za nowościami, a trochę z uwielbienia wszystkiego, co śliwkowe.

- "I co?" zapyta zaciekawiony czytelnik.

- "I to, co zwykle." odpowie dziad Yago. "Smakuje tak jakby 10,5 zmieszać z sokiem z mirabelek. W sumie piwo śliwkowe, ale spodziewałem się czegoś trochę innego"

 Scenka ta, która rozegrała się przed kilkoma chwilami jest w moim odczuciu dosyć typowym przykładem poszukiwania ideału. A wiadomo jak to ideałami jest: albo ich nie ma, albo dobrze się przed nami chowają.  Pytanie tylko czy szukać tudzież dążyć, czy też polubić bądź pokochać to, co się ma. Odpowiedź...

Nawiązując do chaosu, jako stałego elementu tej części bloga oto, co można stwierdzić:  miarą nieokreśloności, chaotyczności, stopnia nieuporządkowania jest entropia (cytuję za Słownikiem wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego - cytat z podręcznika fizyki byłby mało zrozumiały, zapewne z uwagi na ścisłe odniesienia do termodynamiki). Istnieje taka teoria, że entropia całego wszechświata dąży do zera, co w dużym uproszczeniu oznacza, że kiedyś wszystko zastygnie w bezruchu i skrajnym rozproszeniu. Jak to odnieść do międzyludzkich stosunków to można zauważyć, że pozytywne zachowania podnoszą entropię (używając języka fizyki zwiększają energię wewnętrzną układu), a negatywne ją obniżają. Wniosek nasuwa się sam: bądźmy pozytywni, dążąc i szukając ideałów, a jednocześnie cieszmy się tym, co jest pozytywne wokół nas. W przeciwnym razi, szybciej niż się tego spodziewamy, obudzimy się w świecie zimnym, ciemnym i przewidywalnym do bólu - świecie bez uczuć, spontanu, szczerej i nieskrywanej radości.

I to jest pozytywna strona tak zwanego chaosu.

A powracając na koniec do śliwkowego piwa, to jak będę miał ochotę to sobie jeszcze nie raz kupię i z przyjemnością wypiję. Co nie przeszkadza mi stwierdzić, że śliwowica (szczególne łącka lub paschalna) smakuje mi bardziej.

 Cytat na dziś: "Kiedy się człowiek zastanawia nad swoim stanem fiycznym albo moralnym, to zwykle stwierdza, że jest chory" (Johann Wolfgang Goethe)

 
1 , 2