Decoupage i scrapbooking hobbystycznie i na zamówienie
baner Galeria miniART
wtorek, 30 października 2007
Najtrudniej zacząć...warsztaty decoupage

Najtrudniej jest podobno zacząć.
W zasadzie nie musze nawet pisać podobno – ja o wiem, widzę i czuję. Zewsząd otacza mnie bezruch... w sumie to za mało powiedziane - marazm dekadencja, smutek i nostalgia byłby bardziej na miejscu: papugi sennie kiwają się na drążkach, pies wciśnięty w pilota od telewizora wzdycha z głębi psiego serca a Jędrek znowu śpi zwinięty w kłębek na kanapie przy szemrzącej bezustannie telewizji... a ja?
Jakoś nie robi na mnie wrażenia ani kolagen, ani kolekcja biznes gazety wyborczej ani kobiety, które chcą zmienić w swoim życiu 30 kilogramów wspierane przez bandę hiperaktywnych surykatek, konstruktorów motorów typu chopper i coca colę light...chrzanię.

Co się działo? Dietę ścisłą chwilowo diabli wzięli, a to za sprawą imprezki emeryturkowej Eli i cateringu na szkoleniu, skądinąd bardzo udanym. W zasadzie na skute tego niefortunnego zbiegu okoliczności straciłam kontrolę nad utratą wagi i wiszę zawieszona w próżni jak ta pajęczyca nad garnkiem z zupą, a szkoda, bo szło mi już tak pięknie...Jak mawiają – biednemu to zawsze wiatr w oczy i kłody pod nogi!
Ale nic to... zawezmę się znowu za dni kilka... Motywacja jak zwykle jest, bo w szafie nowe ciuszki się zjawiły i wyglądać w nic jako tako zamierzam, żal byłoby tyle łażenia i mierzenia zaprzepaścić.

Szkolenie. Jola, kobieta nieoceniona pod wieloma względami, rzuciła mnie na głęboką wodę ząbkowskiego przedszkola i kilku przedszkolanek – koleżanek, które zapragnęły zgłębić tajniki sztuki decu...pomysł rewelacyjny, bo czyż nie najlepiej łączyć pracę z przyjemnością? Niby tak oczywista sprawa, ale fakt było, że kolanka miękkie były – czy się spodoba? Czy wszystko się uda??
Cały tydzień gromadziłam w myślach materiały i przybory – a to wybierałam papiery, a to odnajdywałam nożyki i nożyczki, lub z kolei pakowałam farbki i kleje...codziennie bliżej celu i codziennie większy strach. Piątek rano był dniem sądnym – po pierwsze schrzaniło się jedno z pokazowych pudełek – krak zrobił coś zgoła nieoczekiwanego się zaczął łuszczyć...poza tym po obliczeniach wyszło i na to, iż konieczne będzie dokupienie farb i możliwe jeszcze kilku papierów, wpadłam więc do sklepu Zosi jak po ogień i równie szybko wypadłam - uzbrojona w zapas bieli, papierów i innych pomniejszych elementów niezbędnych do powodzenia przedsięwzięcia, zostawiając Zośkę w stanie lekkiego osłupienia pomieszanego z nutką zrozumienia dla całkowitego szaleństwa.
Ufff. Jeszcze tylko kilka godzin – myślałam – i będzie po strachu!
Zaskakujące, ile toreb z gratami, może pomieścić Seicento.... tony pudełek, farb i lakierów, rulony, pudło z papierami, pędzle, kleje....pudełka ! Pudełka i ja - z trzęsącymi się rękoma i obłędem w oczach smyrgająca nieznaną mi trasą po ząbkowych zaułkach i zakamarkach.
Na miejscu - miłe zaskoczenie. Czeka już na nas suto zastawiony stół...tutaj wędinka, tu jajeczko, koreczki..dieta leży w gruzach, nia ma co!
Dziewczyny także sprawiają bardzo miłe wrażenie - choć łypią na mnie troszke niepewnie, troszkę badawczo to jednak przez skórę czuję dużą nutkę ich zaciekawienia...
Ruszamy! Przy stoliku godnym krasanali zasiada ekipa żądnych estetycznych wrażeń kobiet: z rąk do rąk wędrują papiery, pudła, pędzle... pierwsze przymiarki i pomysły. Tutaj kapie bejca, tam wirują wesoło mieszane na paletce farbki - i choc początkowo czuję się niepewnie, to bardzo szybko pęd pracy wciaga mnie tak, że nawet nie zauważam upływu czasu.
Następna część prac to sobotni poranek - kilka z pudełek wymaga udzielenia pierwszej pomocy, więc ratujemy co sie da - za pomocą skalpela, pędzli i farb, a potem już tylko szlify i lakiery, szlify i lakiery, tak do upałego... za to efekt końcowy przerasta moje oczekiwania - pudełka są naprawde udane i każda z pań ma całkowite prawo poczuć sie dumną ze swojego pierwszego dekupażowego dzieła... ja byłam dumna ze wszystkich razem i każdej z osobna - naprawdę miałam powody :):):)
Kto nie wierzy niech zajrzy do galerii zdjęc z warsztatów, serdecznie polecam:)

 

Zawieszenie

Siedzę w łóżku, owinięta w kołdrę i nic nie widzącym wzrokiem tępo wiszę w próżni między ekranem laptopa a ścianą.

- Co robisz? – pyta nieco zaskoczony Jędrek wchodząc do sypialni i widząc mnie w stanie lekkiego umysłowego rozkładu.

Dziwne pytanie – myślę – chyba widać, że w zasadzie to nic nie robię - trudno nawet o lepszą ilustrację nicnierobienia.

- Nic. Piszę tekst na bloga, ale mam chwilowe zaćmienie – rzucam słabym głosem.

- E, nie, nie ty masz zaćmienie, tylko monitor ci się wyłączył – zauważa rzeczowo mój mężczyzna...

Trudno mi dyskutować z takimi argumentami.

Wierzy we mnie ;)

sobota, 27 października 2007
Hortensje, hortensje...

Kiedy przygotowywałam się na kurs decu, który miałam poprowadzić zrobiłam takie pudełeczko pokazowe - przecierki i podmalówki...i oczywiście satynowy, gładziutki lakierek...

"Hortensja"






Pudełeczko faktycznie wyszło dosyć urocze...słodkie i takie babciowe troszeczkę?

środa, 24 października 2007
Wspomnień czar...

Wygrzebałam przedmioty, które nigdy nie doczekały sie swoich porządnych zdjęć, a przecież także na nie zasługują. Pierwszy to mój kuchenny komplet, wiernie służący mi juz blisko rok - stary drewniany młynek i dwa metalowe pojemniki - na sóli na torebkiz herbatą:)
Technika - najpierw malowanie, potem klasyczne decu i lakier wodoodporny.



Teraz dziełka innego kalibru - dwa obrazy na deskach (fragmentach starych drzwi). które dostałam od Baśki i ciągle jeszcze nie wiem jak mam jej za to dziękować :)
Technika - bejca na desce, decu, malowanie i lakier wodny, satynowy.







I na koniec moje wrześniowe pudełko "Nimfy" - jestem z niego dosć zadowolona, bo udało mi sie ładnie wtopić obrazek, prawie nie widać domalowanych fragmentów :)
Technika - bejca, decu i domalowywanie, potem złocenie i lakier wodny.





Następne prace w drodze...

wtorek, 23 października 2007
co by tu zmalować?

Bazgrownik, miejsce na wszelkie luźne, twórcze pomysły jakie kłębią się w głowie...jeśli ich nie będę zapisywać, jak to dzisiaj radziąłm Babsku, połowa mi umknie...

Tak więc plan rzeczy oczekujących:

  1. pudełko duże w greczynki, bejca i obrazek, może dwa, maksimum prostoty.......
  2. drzwi od szafy a w zasadzie fragmenty pianina przerobić ....tylko najpierw szlifowanie czeka – a to długie molestowanie męża potrzebne.
  3. małe pudełka ze Stegny przytaszczone – Piwonie? Mucha? Beżowe kwiatki z serwetki?
  4. szkatułki dla Basi z kolonii...w niebieskich odcieniach.



    Tutaj wielkie buziaki dla Babska za fantastyczny lakier typu Krak - pokrak :)


  5. pudełko myśliwskie – psy czy kupić nowe papiery? W zasadzie są to psy myśliwskie ;)
  6. obraz Waterhouse’a z różami... czeka i czeka, a ja ciągle mam opory, że go spartolę....


  7. wystawienie na sprzedaż 2 obrazów – świętej Katarzyny i Rycerza z Damą. Może pójdą, zobaczymy ;)



  8. W piątek szkolenie..na szkoleniu pudłoYerki - "Kuchnia magiczna"...  coś jeszcze z przecierką, pewnie monochromatycznie, czarno - biało  dziewczynki do tego...
  9. Więcej grzechów nie pamiętam....ale jak sobie przypomnę, to na pewno nie omieszkam zeznać....:)
poniedziałek, 22 października 2007
Rozliczenie weekendu

Weekend. Czas rozliczeń.

Plany były szczytne – wypocząć, a jak to mówi mój Jędrek – chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze.

- Oczywiście w piątek okazało się, że w sobotę i niedzielę jednak pracujemy. Mało tego. PRACUJEMY W NIEDZIELĘ NA 8.00 RANO!!! Po tym feralnym smsie długo zeskrobywałam się z podłogi, zwłaszcza, że w planie był fryzjer...
- U fryzjera straciłam blisko połowę kudłów , ale ponoć to zdrowo jak wypadają i ponoć jest pięknie... ponoć.
- Wybory zaliczone. To tyle, wyniki zgodnie z oczekiwaniami :)
- I znowu nie było kafelków - za to była piękna bejca i miły pan za ladą... Prawdopodobnie do ukończenia przedpokoju minie jeszcze znaczna ilość czasu. Aż nieprawdopodobne wydaje się, że kiedyś był już ukończony...
- Trudno wyliczyć ilu smakowitości nie jadłam będąc na tej cholernej diecie...sama myśl o jedzeniu jest wystarczająco o nieznośna, ale efekty są :)
- Plan przewiduje wcielanie w życie planu wellnes – basenik raz w tygodniu, a jak się uda tańce brzucha u Brygidy ;)
- Papuga ciągle łysieje. Jak tak dalej pójdzie będzie przypominać kurczaka z hipermarketu.
- Zgłosiła się kobieta, która zamówiła u mnie w wakacje szkatułki...może wreszcie robota ruszy, bo to snucie się z kata w kąt jak smród po gaciach zaczyna mnie męczyć.
- Kawałki starej szafy, które w tygodniu przytaszczyłam do domu spod naszego blokowego śmietnika po krótkim sobotnim dochodzeniu okazały się być czymś zgoła nieoczekiwanym: w zsypie stwierdzono obecność kolejnego elementu konstrukcji, tym razem fantazyjnie przyozdobionego elementami drutów, kołków i innych ustrojstw tajemnych pochodzenia mocno niejasnego – wniosek – domniemana szafa to nie klasyczny mebel sypialniany lecz...pianino. cóż....kto powiedział, że nie można robić decu na kawałkach pianina?

Jeden weekend a tyle wydarzeń.

 

Dzisiaj Ela powiedziała:

-         Po 40 –tce czas zaczyna tak szybko płynąć – nawet nie spodziewasz się – o! Już wypłata, już nowy miesiąc, już weekend.

Popatrzyłam na nią ze zgrozą, a ona niewzruszona, z nieobecnym uśmiechem „za-dwudniowej” emerytki, przekładała dalej kartki xero.

-         Potworne – pomyślałam. – Ja mam tak już teraz, a do 40-tki jeszcze mam kawałek życia. Ani spojrzeć a  pewnego pięknego poranka moje życie wejdzie w nadświetlną jak krążownik kosmiczny „Enterprise”  i w dzikim galopie popędzi w stronę nieuchronnego końca... i szast – prast... nogami do przodu kopnę w kalendarz i zacznę wąchać kwiatki od dołu, czyli ujmując to inaczej zajmę inne nich dotychczas miejsce w łańcuchu pokarmowym tej planety. A kiedy czas dla mnie? Kiedy mam zrobić to wszystko, co sobie wymarzyłam i zaplanowałam??? A niech to jasny i niespodziewany szlag i cholera do tego! I ja mam nie ulęgać presji  pośpiechu i wyścigu?!

Ela, duchem nieobecna, ledwie dotykając stopami ziemi sunęła w stronę swojego komputera, xerokopiarka mruczała uspokajająco, tylko ja nie mogłam opanować w sobie podgryzającego mnie po cichu niepokoju.

-         Precelka? – pyta ze słodkim uśmiechem, podtykając mi pod nos torebkę podeschniętych, ale jakże smakowitych „absolutnie-zakazanych-na-diecie-produktów”.

-         Nie, nie dziękuję – cedzę przez zęby hamując siła woli ślinotok i burczenie brzucha – za chwilkę upiekę sobie jabłko...

Patrzy przez chwilę z niezrozumieniem, po czym przypomniawszy sobie o moim zeszłotygodniowym postanowieniu miłościwie zabiera źródło pokusy sprzed mojego nosa.

 

Jakże pięknie jabłuszko kipi w  mikrofalówce...

 

niedziela, 21 października 2007
Dziad Yago

Widziałem kiedyś taki rysunek: jak z bajki chatka na kurzej nóżce, prosta, kolorowa, czysta, z kwiatkami i firankami w okinie - zupełnie ja u braci Grimm. Pod nią podpis: "Chata Baby Yagi". A obok druga chatka. Nóżka złamana, schodki przekrzywione, szyba w oknie zbita, dach dziurawy, cała brudna i bura. Pod nią podpis: "Chata Dziada Yago".

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że postaram się wprowadzić na tego bloga, prowadzonego przez moją kochaną Żonę, odrobinę chaosu. Z nadzieją, że chaos ten będzie czynnikiem oczyszczającym, czymś świeżym i nieoczekiwanym. Nie obiecuję, ale będę sie starał.

Cytat na dziś "... nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji" (Monthy Python's Flying Circus)

czwartek, 18 października 2007
Decu - choroba zaraźliwa

Pryznałam już, że Decoupage to choroba - wszystkie objawy na to wskazują...trzeba też dodać - choroba wielce zaraźliwa! Dopada cię z nienacka, a potem skacze, skacze po ludziach jak pasikonik albo co i gorsza marcowy zając. Na mnie "decu-mania" przeskoczyła z pewnej artystycznie uzdolnionej znajomej, prawdziwej zdolniachy, której wszytko, co w rece bierze, udaje się zamienić w małe cudeńko.

Przyjechałam do niej, niczego nie świadoma, w odwiedziny... i oniemiałam. Dziewucha po kursie, produkuje z zapałem buteleczki, pudełeczka, bombeczki....popatrzyłam i zaczął mnie robak gryźć! Los chciał, że już niebawem ową kobietę o niespokojnym duchu artystycznym naszło na rozpowszechnianie swojej pasji...i ja oczywiscie załapałam się na nauki, a co!

Potem rozmowy z przygodnie napotkanymi plastyko - maniaczkami... zaczeły pojawiać się nowe pomysły. Prawdziwy szał miałam przed wielkanocą: jajca gęsie!!!

Naprodukowałam tego draństwa całkiem niemało...straty były, a jakże - jedno stłukł mi chłop, który miał je suszyć, drugie teść...Część powędrowała w ręce rodziny, część - te "wróżkowe" zostały w domu i stanowiły dość niecodzienną dekorację :)

Niedługo po wizycie u nas "Decu" zaczęło też infekowac moja kuzynkę, która wykleiła sobie kilka kafelków do domu ...ciekawe na kogo teraz skoczy? ;)

Rozpasanie a tworzenie...

Rozpasałam się - zwłaszcza fizycznie. Coraz wiecej ze mnie z kobiet Rubensa, co zdecydowanie przeczy mojemu poczuciu przyzwoitości - poza tym ubrań jakby mniej i w szwach trzeszczą, lustra pekają, podłoga się ugina....mniej wody sie w wannie mieści...wszystko wskazuje , że powinnam to rozpasanie przykrócić i rozpocząć front pod hasłem - marnie - jemy...

Marnie jeść nie jest łatwo, jeśli wszyscy dookoła ciebie podtykają ci: a to pączuszka (śnił mi sie potem wnocy, taki lukierek miał...), a to piwko (no jak to nie możesz?), a to mięsko w sosiku, a to smalczyk (tego akurat nie żałuję). Trwam już trzeci dzien i powoli osiagam fazę asertywną. I nawet serek mnie nie rusza!

Wiecie jakie pyszne są teraz pomidorki??? szczególnie takie duże, dojrzałe, polane odrobiną oliwy i octu balsamicznego, plus sól i pieprz? mmmm.....to wczorajsza kolacja i dzisiejsze śniadanie ;)

Rozpasanie zdecydowanie nie sprzyja aktywności umysłowej czy twórczej, a to kolejny powód,aby je przerwać...leży tylko cielsko na kanapie i ledwie zipie, bo mu cieżko i leniwie...a tak, stan głodu idealnie pobudza...aktywnośc wyraźnie sie podnosi i jaka jasność umysłu?..nic tylko głodować.

Ilu oprawdziwych artystów tworzyło głodując - mnie do nich daleko ze wszech miar, ale popierac ich czynem mogę.

Wiem, bzdury plotę, ale jakoś trzeba samą siebie na duchu podtrzymać w tym gąszczu pączków, batoników, ciastek, kanapeczek i innych pyszności. Plan na dziś:

2 pomidorki (już zaliczone), kukurydza w kolbie, zupka knorra, 2 jabłka i może gruszeczka.

Taaa...

środa, 17 października 2007
Decu - w pierwszych słowach mego listu...

Decoupage.

Choroba, ktora dopada cię nagle...najczęściej w momencie, kiedy bierzesz do ręki, mały, niepowtarzalny przedmiocik...niby zwykły, niby powszedni a jednak tak bardzo inny...

Jak to się robi? Chwile badań...krótkie nauki u "mistrza" i ......

Zaczynają sie nerwowe poszukiwania...

Pudełko? Butelka?? Stary, sterany życiem młynek do kawy???

Może stary pojemnik po landrynkach??? Wieszaczek?

Mania "Decu" ogarnia na dobre - w domu przewalają sie kleje, lakiery i farbki, w łazience szczerzą włosie pędzelki, pudełeczka po jogurcie nagle nabierają zupełnie nowego znaczenia. Ostry zapach lakieru milszy się robi od najlepszych perfum... mania?

Każdy wyrzucany dotąd przedmiot oglądasz po tysiąc razy..a może? Stary kafelek?

Nawet kawałki starej szafy sąsiadów zaczynają wyglądać interesująco...pożądliwie patrzysz na poobijane stare garnki z rupieciarni na strychu... Co gorsza, surowa decha przytaszczona prosto z tartaku potrafi wywoływac przyspieszone bicie serca - choroba jak nic i to na dodatek poważna....

Chyba lubię być chora... :)

 
1 , 2