Decoupage i scrapbooking hobbystycznie i na zamówienie
baner Galeria miniART
poniedziałek, 31 marca 2008
Segregacja odpadów

Ten jesienny harmonijkowiec powstał w ramach recyclingu odpadków - wykorzystałam do niego wszystkie resztki papierów, które pozostały mi po robieniu albumiku "Wspomnienie".
Nie miałam serca ich wyrzucić, takie były ślicznościowe :)
Powstało więc to:

Miesci w sobie 6 fotografii legitymacyjnych lub może ciut większych. W środku prezentuje sie następująco :

Powędrował do Trendymanii.

 

Przerywnik muzyczny
W zwiazku z chwilowym przestojem twórczym zapraszam na przerywnik muzyczny, który już od dawna czeka w kolejce - coś pozytywnego, inspirującego i malarskiego zarazem - Tomasz Budzyński i "Ukryta miłość".
Kto chciałby dowiedzieć się więcej na temat tego twórcy, jego muzyki i obrazów - zapraszam tutaj.


czwartek, 27 marca 2008
Międzyczas
W międzyczasie...
między jednym dniem w pracy a drugim, między mazurkiem a herbatą, miedzy ustami a brzegiem pucharu powstał mały albumk - składak dziecięcy.
Wrzucony już do galerii "Miniart"



c.d.n. :)
wtorek, 25 marca 2008
Wspomnienie
W kilku wolnych chwilach Wielkanocnych (czyli w nocy ;)) powstał drugi rodzinny albumik.
Tym razem myśla przewodnią stała sie piosenka Czesława Niemena "Wspomnienie" z rewelacyjnymi słowami Juliana Tuwima. Mam do niej wielki sentyment, pamiętam kiedy słuchałam jej jeszcze w domu ze starego magnetofonu kasetowego i jak duże na mnie robiła wrażenie.
Ten sentyment a także drugi, ważniejszy - sentyment do zdjęć mojej mamy sprawiły, że powstało "Wspomnienie".



Warto wspominać, zwłaszcza jeśli mamy w pamięci chwile miłe, tchnące ciepłem, przywołujące na twarzy uśmiech.
Wszystkie te zdjecia są właśnie takie - to pamięć o dobrych dniach, o przyjaźni i sukience robionej na szydełku, wspomnienie spodni - dzwonów i torebki z wielką klamerką, pamieć o płaszczyku kupowanym z " Pod Arkadami"... ale przede wszystkim jest to wspomnienie o Hani - młodej dziewczynie mieszkającej na Mokotowie. Dziewczynie długowłosej, zamyślonej, może nieco ulotnej... ale z ognikem w oczach ;)



Jesień. Ciepłe promienie ogrzewaja spadajace liscie. Idealna pora na spacer po łazienkach i wygrzewanie sie w ostatnich promieniach przedzimowego słońca.


W tych zdjęciach jestem zakochana od lat. Idealnie wpasowują sie w mój gust i poczucie fotograficznej estetyki - zwłaszcza to po lewej :) Czy wypada zazdrościc własnej mamie, że ma takie udane fotki? Jeśli nie - trudno, i tak nic nie poradzę ;)

I na koniec paniusia z torebką - zdjecia troszeczkę starsze, ale utrzymane w tej samej rozmarzonej stylistyce...

Albumik został przekazany właścicielce i modelce zarazem wczoraj i na stoi na honorowym miejsu na półeczce... czas dobrać się do reszty rodzinnych albumów...a może zebrać się w sobie i wreszcie coś dla siebie skrobnąć...?
A dla wszystkich odwiedzajacych - Niemen i "Wspomnienie". Bo jakże by inspiracja bez inspiracji najważniejszej?

11:26, lady_finnabair , Inspiracje
Link Komentarze (21) »
sobota, 22 marca 2008
Wesołych Świąt!
Z okazji Świąt Wielkiej Nocy składamy Wam wszystkim najserdeczniejsze życzenia - zdrowia, pogody ducha, spełnienia marzeń - tych twórczych i mniej twórczych - oraz spokojnych, udanych świąt w gronie najbliższych.
Oby lany poniedziałek był naprawdę mokry :*
ściskamy
Finnabair i Dziad Yago ;)
(generalnie Ira , Benek i Ginger też pozdrawiają, każde na swój sposób)
środa, 19 marca 2008
Eksperymenty przedszkolaków;)

Dzisiaj na zajęciach w klubiku przedszkolaka "Miś" moja grupa czterolatków została postawiana przed szeregiem wyzwań naukowych... a tematem było - co niezbyt zaskakujące - jajko.
Przełamując wielkanocne schematy króliczków z waty, kurczaczków z kłębuszków, wydzieranek, kolorowanek i pisanek zaplanowałam zajęcia poznawczo - odkrywcze na poziomie laboratorium Dextera;) Początkowo dzieciaki oglądąły jajka różnej wielkości - przepiórcze kropkowane maleństwa (zakochać się można) zakupione w hipermarkecie, jajka kurze i wydmuszkę jaja strusiego. Porównywały wielkość i kolor, macały i oglądąły. Potem nastąpił szereg jajcarskich eksperymentów :

1. Próba zgniatania - jajko ugotowane nie daje się zgniesć jedną ręką ;)
2. Próba kręcenia - jaka surowe nie wirują - a ugotowane jak najbardziej - doskonały kuchenny sposób na rozpoznanie kto jest kto ;)
3. Próba podglądania - przez zabawkowy mikrospop oglądaliśmy żółtko jajka surowego i ugotowanego (niektóre dzieci miały kłopot z patrzeniem w dziurkę, ale opanowaliśmy sytuację )
4. Topienie jajka - doskonała zabawa w "czary" - dzieci zgadywały czy jajka pływają czy toną....okazało się, że ida na dno jak kamień. Po chwili wrzucalismy jajko do drugiego słoika i jajko pływało! (Czary, prawda?) Jajka były zamieniane, podmieniane i oglądane, ale efekt był zawsze ten sam - w jednym słoiku tonęło, w drugim pływało...tylko dlaczego? Teoria o temperaturze wody sie nie sprawdziła....ciekawe kto zna tajemnicę - jak zmusić jajko, aby zaczęło pływać? Kto zna odpowiedź na tą zagadkę? Czekam ;) Podpowiem, że eksperyment mozecie bez trudu zrobić w domu.
5. Wciąganie jajka do butelki - kolejna czarodziejska sztuczka, polegajaca na wsysaniu ugotowanego na twardo jajka do sporej butelki. Potrzebne do tego były zapałki i kawałki papieru...oraz obrane jajko oczywiście. Pomimo, że długo nie mogłam wzniecić ognia w butelce (ach ta wilgoć po myciu) to moje próby zostały uwieńczone sukcesem i jajko tryumfalnie wskoczyło do środka.
Ciekawym jak wygląda to doświadczenie polecam ten filmik - super! Nam wyszło lepiej - wskoczyło całe :):):)

Chyba nietrudno zgadnąć, że zajęcia wywołały u maluchów ogromne podekscytowanie i dały im wiele do myślenia. Cieszę sie z tego bardzo i już marzę o kolejnych poznawczo - naukowych eksperymentach.
Może tym razem posadzimy razem jakieś roślinki? Hmmmmmm.......
Jeśli ktoś posiada w domu kilkulatki - polecam wspólne zabawy i eksperymenty - dzieciaki bedą oczarowane.

poniedziałek, 17 marca 2008
Albumik "Lawenda"

Popełniłam dziecięcy albumik - i przyznaję od razu, że miałam wiele wątpliwości go tworząc - moze dlatego, że to moj pierwswzy o takiej tematyce...?

Bałam sie strasznie, ale... jakoś poszło :)
Jak widać nie taki diabeł straszny jak go malują.
Zatem do rzeczy -
Albumik ma wymiary 14x15,5 cm i ma w sobie 4 karty i tagi.
Całość w kolorach limonka - lawenda -
jak widać na załączonym obrazku.

Poleciał do galerii MiniArt , gdzie czeka na nowego właściciela ;)


piątek, 14 marca 2008
Lady of Shalott
Pisałam już na Tworzysku o moich literackich i malarskich miłościach, a zwłaszcza o Waterhousie, który najwyraźniej podobnie jak ja upodobał sobie pewne postacie mitologiczne i literackie i konsekwentnie je przedstawiał.
Myślałam że to wystarczy... ale album wędrujący Agnieszki-Anny znowu rozbudził we mnie te targające mną literacko - malarskie namiętności...i nosi mnie po prostu, męczy.
Temat albumu?
"Jestem"...a jaka ja jestem? Najprawdopodobniej mocno niedzisiejsza i nieco... nie na miejscu ;)
Tak jak ONA .. no może troszeczkę ;)
Pani z Shalott.
Kobieta pojawiająca się nagle w literaturze angielskiej za sprawą słynnego dość poety Alfreda Tennysona i jego poematu. Kobieta będąca bożyszczem Ani z Zielonego Wzgórza – alegoria i natchnienie dla wielu.
Mój pierwszy kontakt z tą postacią był dość wczesny – właśnie podczas oglądaniu filmu o Ani, gdzie młoda wtedy, rudowłosa dziewczyna idzie przez las czytając w zapamiętaniu tomik poezji i przeżywając całą sobą losy bohaterki, która na skutek klątwy oddaje ducha płynąc łodzią w stronę osławionego (a jakże!) zamku Camelot. Niewiele wtedy z tego rozumiałam.
Wiersz jak wiersz a Ania jak powszechnie wiadomo było, to dziewczę egzaltowane.
Do ponownego rozpatrzenia tej sprawy zmusiło mnie kilka lat później odkrycie podczas zapamiętałego studiowania legend arturiańskich wątku o pięknej Elaine nieszczęśliwie zakochanej w boskim, mężnym, walecznym, śmiałym, prawym (niepotrzebne skreślić) sir Lancelocie, który jednak afekty dziewoi miał w niewielkim poważaniu, bowiem od lat tajemnicą poliszynela było iż ma płomienny romans z niejaką Gwenyhfar, znaną powszechniej jako Ginewra, żona króla Artura, pana na... (uwaga) Camelot.
Oczywiście, gdy Lancelot – skądinąd facet dość czułym sercu - zobaczył zwłoki niewiasty płynącej na zamek w łódce, skojarzył kilka faktów i - można rzec – poczuł się z lekka niewyraźnie...


Cóż za historia... dzisiaj o takich plątaninach uczuciowych kręci się seriale w krajach ameryki południowej – w czasach sir Thomasa Malory’ego pisano poematy i romanse, wyśpiewywane potem pokątnie przez trubadurów, truwerów i skaldów... i kogo tam jeszcze matka miała, a uzdolniony muzycznie był.

Trudno, aby tak malowniczy rys z biografii sławnego rycerza przeszedł w literaturze bez dalszego echa. Wiele lat później, w okolicach roku 1842, Tennyson, zainspirowany smutną ale i piękną historią nieszczęśliwej, niespełnionej miłości powołuje do życia postać jawnie wzorowaną na Elaine – Lady of Shalott, uwięzioną w wieży tkaczkę, której klątwa nie pozwalała nie tylko na opuszczenie jej miejsca przymusowego pobytu, ale nawet wyjrzenie z okna na otaczający ją świat.
Pani z Shalott może oglądać sceny zza okna w wielkim lustrze, wiszącym w jej komnacie i w ten sposób czerpać inspirację do swoich tkanych arcydzieł. Los - znowu podły los - chce, że pewnego dnia dostrzega ona rycerza (!) na koniu (prawdopodobnie białym, bo jakżeby inaczej?) a jest to nikt inny jak superprzystojniak światowej sławy, nieustraszony jak lew i zwinny jak łasica Lacelot...



Cóż dalej dziać się może? Oczywiście dziewczyna zauroczona takim widokiem z drżącym sercem podbiega do okna aby choć przez chwilę ujrzeć coś więcej niż tylko odbicie w zwierciadle i...

Zerwana nić jak cienki włos,
Zwierciadło pęka w odłamków stos,
,,Klątwa nade mną”, woła w głos
Pani na Shalott.

Wybiega ze swej wieży, odcumowuje łódź i wsiada do niej, aby odbyć swoją ostatnia jakże smutną i jakże zarazem upragnioną podróż...

To co przedstawiłam tutaj, mrugając do wszystkich znad klawiatury jednym okiem, to bardzo powierzchowna warstwa tej historii.
Oglądana w ten sposób jest ckliwa, mdła może nawet, momentami tak cukierkowo romantyczna że aż tylko zamiast cukru do herbaty ją podawać... więc skąd mój zachwyt i roztkliwienie nad „Szalotką”?
Z dwóch powodów – pierwszy to zamiłowanie do starych, dobrych opowieści. Moim zdaniem trochę jest tak, że wszystkie historie miłosne są jakby jedną historią, a świat opowiada ja ciągle na nowo – i paradoksalnie w tych pierwotnych, odległych na wersjach odnajduję powiew świeżości, namiętności i uczucia, które dzisiaj nie tylko trudno nam opisać ale nawet przeżyć.
Drugi powód – dla mnie ważniejszy, to drugie dno tej opowieści. „The Lady Of Shalott” to dla mnie poemat o tym, że życie w zamknięciu, bez możliwości rozwijania się realizacji jest niewiele warte – marzenia trzeba realizować nawet płacąc zna nie wysoka cenę, bo to nadaje życiu sens i smak.
Zakochałam się w tym poemacie – nie będę zaprzeczać, ale wszystko co rycerskie, arturowe, camelotowe ma do mnie łatwą drogę...i dlatego też na temat "Jestem" odpowiedziałam w ten, a nie inny sposób :)
Jestem... trochę jak ona - beznadziejnie romantyczna....trochę oderwana... to ja - a przynajmniej część mnie.
Scrap, ktory zrobiłam pokazuje nas obie -
tak róże, a jednak trochę właśnie podobne :)

ona :)

i ja :)



Obydwa okna otwierają się - pod nimi znajdują sie fragmenty poematu...




„Szalotka” trafiła do mnie tak naprawdę przypadkiem... przez muzykę.
Wiedziałam o istnieniu tego utworu i mniej więcej spodziewałam się treści wiersza znając historię Elaine, ale nigdy go nie poszukiwałam – aż przesłuchując nagrania pewnej kanadyjki – prawdziwej mistrzyni pieśni z tradycji celtyckiej - usłyszałam pierwsze linijki wiersza i poczułam się jak trafiona obuchem w głowę... przed oczami stanęła mi Ania z Zielonego Wzgórza i z każdym kolejnym wyśpiewanym wersem zaczynałam rozumieć dlaczego tak bardzo był on dla niej ważny.
Kiedy go przeczytałam – przepadłam z kretesem.
„Pani z Shalott” to jeden z nielicznych dowodów, ze angielski może naprawdę brzmieć pięknie... już się rozczuliłam.

Jednego tylko w tych historiach nie rozumiem: ponoć Lancelot był nieszczególnej urody... to czego te durne baby tak za nim szalały?
Aż strach pomyśleć jakimi zaletami nadrabiał niedoskonałości urody...
Poniżej kanadyjka Loreena McKennitt i jej wersja „Pani z Shalott”.


Loreena McKennitt The Lady of Shalott
Za�adowane przez: paradixman
02:04, lady_finnabair , Inspiracje
Link Komentarze (14) »
środa, 12 marca 2008
Krzeszowice - Dzień Kobiet :)

8 marca - czyli jakby nie patrzeć w Dzień Kobiet zjechały sie szalone scraperki z bliska i z daleka.
Na wezwanie Babska przybyło nas aż 21, a Galeria na Peronie w Krzeszowicach aż pękała w szwach - nikt chyba nie spodziewał się aż takiego powodzenia przedsięwzięcia :)
Żeby nie było że oszukuję - pamiątkowa fotka przy scrapowym stole.



Buziory roześmiane - wszystkie jak jedna żona krzyczą "Scraaaap"!

Spotkanie rozpoczęło się oczywiscie od zbiorowego macania, oglądania i ślinienia wszelkich prac, aby potem szybko przejść do skleconej naprędce giełdy wymiany i handlu dobrami wszelakimi.
Każdy mógł się napatrzeć do woli i ewentualnie zaopatrzeć ;) a co:)



Wielkie macanie tego i owego...



Kawe i kawusie... wszystko razem na stołach. Niektórzy nawet próbowali scrapować ;)



Najciekawsza część - macanie babeczek. Wreszcie było mi dane zmacać i uściskać taka jedną co ją od dawna na odległość wielbię - Jaśminową. Nad nami nikt inny jak matka przełożona Filemon ;)



I pełna powaga: Jaśminowa, Nannala, Filka i Finn. Kto poważny ten poważny;)

Przyznać trzeba, że spotkanie było niesamowite, a wrażenie zostało niezatarte do tej pory - jaka to radość na własne oczy zobaczyć kto jest kim i zamienić choć kilka słów... 
KOBIETY ! JESTEŚCIE MEGA BOSKIE!!!
Strasznie się cieszę, że byłam tam z Wami :) Do szybkiego zobaczenia!

Więcej relacji i fot znaleźć można u Babska i Filki . Zapraszam :)

 

wtorek, 11 marca 2008
Misiowo :)
Oj misiowo :)
Pudełko - kuferek wspomnień, które powstało na zmówienie Babska i musiało być ukończone na spotkanie w Krzeszowicach..o którym więcej już niebawem :)
Misie rządzą i wymatają...łypią ciekawie i marszczą mordki..nawet niejaka Jaszka uległa ich urokowi ;)





Cdn :)
 
1 , 2